O autorze
Jestem ambasadorem marek whisky, blogerem i pisarzem wyskokowym, krytykiem starzonych destylatów i piwa, doradcą public relations. Piszę o tym, co z ziarna, czasami o tym co z trzciny cukrowej ale nigdy o tym co z winogron. Podczas studiów w Edynburgu wpadłem w szpony szkockiej whisky i tak już zostało. Najpierw była praca w Scotch Whisky Heritage Centre, potem założyłem Edinburgh Whisky Blog który jest dziś uważany za najbardziej wpływowy blog o whisky w Wielkiej Brytanii. Jestem współautorem "1001 Whiskies You Must Try Before You Die" i członkiem jury w konkursie World Whiskies Awards. Sporo ostatnio podróżuję, prowadzę degustacje i szkolenia, odwiedzam destylarnie i browary, włóczę się po najlepszych barach na świecie. Słowem – ciężko pracuję. Mieszkam w Szkocji.

Chcesz inwestować w whisky? Napij się, to ci przejdzie.

Po raz kolejny natknąłem się na tekst o inwestowaniu w whisky i krew mnie zalała. Ta skrajnie niszowa sprawa jest mielona przez media z uporem godnym lepszej sprawy. Konsumpcja whisky rośnie u nas jak na drożdżach, najwięksi producenci ze Szkocji, Irlandii i Stanów Zjednoczonych prowadzą o nas zaciętą walkę. A my tymczasem mówimy o rynku kolekcjonerskim i spekulowaniu. No szlag mnie trafia.

Po eksplozji koncernowego piwa lat 90-tych przychodzi nareszcie czas, kiedy część z nas ma ochotę zamienić ilość na jakość. Polacy są głodni informacji o produktach z wyższej półki. Ale to nie brzmi dobrze w nagłówkach, prawda? Od kiedy warszawska firma Wealth Solutions namówiła niezależną szkocką destylarnię Glenfarclas do rozlania dla nich beczki z 1953 roku (58 lat), temat inwestowania w whisky wraca jak bumerang. Środowisko pasjonatów wina śmieje się (przez łzy) z Chińczyków kupujących butelki Chateau Margaux za setki tysięcy dolarów, którzy nie potrafią wymówić nazwy słynnej winnicy. Czy jesteśmy następnymi inwestycyjnymi bufonami?

Glenfarclas 1953 to było dla wszystkich zaskoczenie. Czterysta butelek najstarszej whisky, która kiedykolwiek opuściła mury znanej i szanowanej destylarni, miało być przeznaczonych tylko dla polskich inwestorów (a nie jest, część jest ogólnodostępna). Ten nieco dziwny ruch wywołał kilka uśmiechów pod nosem w branży, ale osobiście byłem zdania, że to świetna okazja, żeby nareszcie trochę o temacie dobrej whisky porozmawiać w Polsce w dużych, ogólnokrajowych mediach. Mega. Tymczasem dyskusja stoczyła się w kierunku tego, czy to aby nie nadmuchiwanie nowej bańki, ile procent, jak długo, kto to kupi, kto to sprzeda. Czyli pitu pitu o tym, co robi w wolnym czasie garstka najzamożniejszych. Zmarnowany potencjał.

To było kilka miesięcy temu, teraz już w komentarzach internauci porównują to do nieszczęsnego Amber Gold – skojarzenie błędne, ale zrozumiałe. I gdzieś znika w tej dyskusji to, że whisky się pije. Na szczęście uważam się za człowieka z misją i jestem przygotowany poświęcić się dla dobra ogółu. Dla przywrócenia równowagi wszechświata napiłem się więc Glenfarclasa 1953 (podziękowania dla Bena Ellefsena) i dwóch dużo młodszych whisky z tej samej stajni. Nazywam się Milijon – bo za miliony kocham i cierpię katusze...

Glenfarclas 10 Year Old / 40% alc. / 700ml / 150zł

Zapach gęsty i intensywny jak na młodą whisky, ocieka rodzynkami i suszonymi śliwkami. Rozgotowane leśne owoce i ostra górna nuta skórki pomarańczy. Podszyte orzechami laskowymi i kontrowersyjną nutą siarki (myśl: wypalona zapałka), która mi osobiście w ściśle kontrolowanych ilościach nie przeszkadza. Smak słodki już na wejściu, lżejszy niż aromat, kremowy i lekko cytrusowy. Rozwija się w stronę krówek ciągutek i kakao. Gaśnie długo i pikantnie, lekko ziołowo. Będzie smakowała na dworze z piersiówki. 84/100

Glenfarclas 21 Year Old / 43% alc. / 700ml / około 320zł

Już kilka centymetrów od kieliszka czuć ciężkość. Skoncentrowany zapach przypomina mi utlenioną sherry, ciemną czekoladę i rabarbar. Gorący karmel. Z kroplą wody pojawia się landrynka/zmywacz do paznokci (nie mogę zdecydować). W ustach oleista, lepka. Smakuje herbatnikami, znowu stara sherry i cytrus. Taniny też dochodzą po chwili do głosu z charakterystyczną cierpkością. Kończy się słodko z nutą dymu drzewnego. Bardzo mi smakuje. Jak na dojrzałą whisky z europejskiej beczki ma dużo wigoru i udaje się jej zachować balans między ciężkością i taninami a naturalnie owocowym obliczem tego destylatu. Wciąż widać wyraźnie, że to Farclas. Będzie bardzo na miejscu po północy przy kuchennym stole. 93/100

Glenfarclas 1953 (58 Year Old) / 47,2% alc. / 700ml / 31000zł (cena rynkowa)

Silny zapach skrawków od ostrzenia ołówka. Rodzynki nasączone rumem, przyprawy piernikowe, piec chlebowy, skórzany fotel. Zapach jest łagodny i nie tak skoncentrowany jak w 21-letniej wersji. Woda mu szkodzi, wyciąga nutę mokrego kartonu. Smak jedwabisty pomimo większej zawartości alkoholu, taniny grają pierwsze skrzypce, jest też wyraźna owocowość i pikantność. Świetnie trzyma się podniebienia, długi słodki finisz. Ogółem? Smakowałem już kilka takich staroci więc wiedziałem czego się spodziewać. Glenfarclas 1953 jest wyrazisty i po prostu smaczny ale intensywnością i czystością aromatu nie może konkurować z 21-letnią whisky od tego producenta. Jest jak bigos odgrzany o raz za dużo; starannie wypracowany charakter destylatu wydaje się być rozmyty czy przesunięty. Zakrada się też generyczność, mam trudność z dopatrzeniem się terroir, nie widzę miejsca, procesu i stojących za nim ludzi. Wyraźnie widzę za to dobrze naostrzony ołówek. 86/100

Jak zawsze zachęcam, żeby nie ufać moim notatkom i próbować ile się da samemu.
Trwa ładowanie komentarzy...