Single malt na zimę zamiast tony węgla

Idzie luty, kuj buty. Czy jakoś tak. Mnie zima oszczędza w tym roku ale większości z Was nie. Ale dla łyskożłopa to bardzo fajny czas, doskonały pretekst do degustacji ciężkich, „zimowych” destylatów. Za takie najczęściej uważa się szkockie whisky robione ze słodu jęczmiennego suszonego nad torfem. Najbardziej znanym regionem produkującym ten specyficzny w aromacie i smaku trunek jest wyspa Islay u zachodnich wybrzeży Szkocji.

Islay to niezwykłe miejsce do produkcji whisky. Chociaż nie, wróć! Zaburzam ciąg przyczynowo-skutkowy. Islay to specyficzne miejsce z którego na przestrzeni wieków wyłoniła się niezwykła whisky słodowa. Wyspa jest dosyć płaska w porównaniu z sąsiednimi, zimna, wietrzna, goła i w dużym stopniu pokryta torfowiskami. Torf był kiedyś podstawowym paliwem w całej Szkocji. Na przestrzeni XIX i XX wieku destylarnie i słodownie stopniowo odchodziły jednak od używania go jako materiału opałowego w procesie produkcji, porzucając kopcące ciemnobrązowe kloce na rzecz nowych, tańszych i bezzapachowych paliw. Torfowanie słodu najdłużej utrzymało się na trudno dostępnych wyspach. I choć dziś szereg destylarni „na lądzie” powraca do tradycji i przynajmniej przez część roku używa mocno kopconego słodu, to jednak Islay z jej ośmioma czynnymi destylarniami nadal jest uważana za Mekkę wielbicieli „torfówki”. I słusznie.



To tyle tytułem bardzo ogólnego wstępu. Chciałbym polecić cztery różne whisky z Islay, wszystkie łatwo dostępne w Polsce i nie astronomicznie drogie (zdecydowanie tańsze od tony węgla). Praktyczna porada konsumencka, ot co!

Ardbeg Ten / 46% / 700ml / 170zł

Ardbeg to chyba najmodniejsza obecnie destylarnia na Islay. Od przejęcia jej w latach 90-tych przez Glenmorangie (obecnie część LVMH) i ponownego uruchomienia produkcji po ponad dekadzie niemal zupełnej bezczynności, marka zyskała status kultowy. Kiedyś świetnie znana tylko koneserom, teraz jest za wieloma z najlepszych barów świata. I bardzo dobrze. Ludzie, którzy pamiętają Ardbega „zanim był cool” mają oczywiście swoją własną, zazwyczaj gorzką, opinię o marketingu firmy ale do mnie to, co robi obecnie Ardbeg przemawia. Serce roście jak marki whisky przestają używać szkockiej kraty i panoramy gór jako dźwigni.

Dziesięcioletnia wersja, podstawowa, pomimo dziwnego – słownego – zapisu wieku, jest właściwie bardzo uczciwą propozycją. Wiadomo, czego się spodziewać. Warto dodać, że najnowsza partia jest doskonałej jakości. Starzona tylko w beczkach po burbonie, odznacza się świeżością i typową dla Ardbega cytrynową/limonkową nutą. No i oczywiście eksplozją torfowego dymu o dosyć ciepłej barwie. Ta dymna warstwa jest zbliżona do aromatu palonego drewna, może przywieść na myśl ubranie pachnące ogniskiem następnego dnia. Smak jest zaskakująco słodki z nutą bezy, marcepanu i białej czekolady, chociaż niektórym może być ciężko dostrzec niuanse zza zasłony brutalnego, popielistego smaku torfu. Niebo w gębie. Idealna whisky na wodę albo w piersiówkę na mecz. 90/100

Lagavulin 16 Year Old / 43% / 700ml / 240zł

Destylarnia Lagavulin sąsiaduje z Ardbegiem. Z jednej do drugiej można podejść spacerem albo przejechać się rowerem (oczywiście nie po degustacji). Pomimo geograficznej bliskości, styl jest zdecydowanie odmienny. Nadal mamy do czynienia z mocno kopconą whisky ale tym razem destylat jest cięższy, bardziej oleisty, lepki. Bogatszy w związki siarki a uboższy w owocowe estry. Podstawowa, 16-letnia, wersja Lagavulina jest starzona w beczkach po burbonie i po hiszpańskiej sherry. Ten drugi rodzaj beczki, bogaty w taniny ale większy i mniej aktywny od amerykańskiego odpowiednika, gra ważną rolę w profilu smakowym tej whisky.

Aromat jest ciepły i słodki, dym jest nieco mniej intensywny niż w Ardbegu ale nadal bardzo wyraźny. Nieco jesienny, powiedzmy – palone liście. Dym podszyty jest suszonymi owocami, czuję śliwkę i rodzynki. Czerwone Haribo, trochę czekolady i karmelu. Aromat jest złożony i rozwija się w kieliszku, warto nalać więcej niż zwykle i poczekać. Smak jest intensywny, nieco gorzkawy, cierpki od tanin. Dym jest nadal ciepły, wypełnia usta, klei się do podniebienia. Owocowość jest przytłumiona za to na finiszu karmel i pralina grają pierwsze skrzypce. Gaśnie bardzo powoli. Otwórz i wyrzuć korek do kominka. 86/100

Laphroaig 10 Year Old / 40% / 700ml / 150zł

Wsiadam na rower i pedałuję parę minut dalej na zachód wzdłuż południowego wybrzeża wyspy. Kolejna destylarnia na trasie to Laphroaig (wym. lafroig). Nieodżałowany pisarz, wspaniały krytyk i jeden z największych autorytetów świata whisky i piwa – Michael Jackson – napisał kiedyś, że Laphroaiga albo się uwielbia albo nienawidzi. Marka podchwyciła to i zamieniła w dosyć odważny slogan reklamowy. Slogan przyznać trzeba na wskroś prawdziwy a to rzadkość! Często mówi się o tej whisky, że pachnie szpitalem a to nie dla wszystkich miłe skojarzenie.

Rzeczywiście na początku zapach tej „dziesiątki” kojarzy się ze szpitalem albo raczej fotelem dentystycznym. Aromat torfu jest mocno ziołowy, prawie trawiasty. Przywodzi na myśl szałwię, rumianek ale i jodynę. Do tego pieczone czerwone jabłka, chleb żytni, biszkopty, pomarańczowa marmolada. Zapach jest niesamowity, niezapomniany, ciężko go pomylić z czymkolwiek innym. W ustach Laphroaig jest nieco lepki i dość słodki. Nadal medyczne skojarzenia chociaż dym jest na języku cieplejszy. Niestety, szybko wychodzi dosyć duży moim zdaniem mankament tej wersji – zbyt niska zawartość alkoholu. 40% nie pozwala górnym nutom się rozbujać bez względu na to, jak długo męczy się kieliszek mieszaniem. Nadmienię, że błąd ten jest naprawiony ze świetnym skutkiem w wersji Quarter Cask (48% / 170zł) i Cask Strength (w zależności od partii 55,3% do 58,3% / 200zł – trudno dostępna). Laphroaig zasmakuje świetnie w schronisku w Bieszczadach. 78/100

Bowmore 12 Year Old / 40% / 700ml / 150zł

Bowmore to trochę nietypowa destylarnia bo znajduje się w samym sercu miasteczka o tej samej nazwie. Mieszkanie naprzeciwko ma swoje zalety... jeśli lubi się specyficzny zapach towarzyszący procesowi zacierania słodu. Bowmore produkuje destylat nieco mniej torfowy niż sąsiedzi z południowego wybrzeża wyspy ale wątpliwości co do miejsca produkcji nie pozostawia. Słynny magazyn numer 1 ma podłogę nieco poniżej poziomu wody i stoi na samym brzegu Atlantyku, co rzekomo wpływa na walory whisky tam leżakującej.

Zapach jest łagodniejszy od poprzedników. Dym jest znowu drzewny, mniej gryzący, ciepły, bardzo przyjemny. Wyraźnie rysuje się profil cytrusowy, blisko skórki pomarańczy. Piernik, mleczna czekolada, świeży imbir, tymiankowy miód. Smak bardzo dobrze zrównoważony, od wejścia słodki, rozwija się w kierunku jabłek, gruszek, dojrzałego melona, bananów, goździków. Finisz cierpki, dym wraca falami. Ogólnie bardzo smakuje mi ten podstawowy Bowmore. Myślę, że byłby świetnym wstępem do picia „torfówek”. Niestety, podobnie jak Laphroaig, w swojej podstawowej inkarnacji cierpi na impotencję. 81/100

Jak zwykle zachęcam do nieufaności w stosunku do moich ocen. Próbujcie sami, piszcie, co myślicie.
Trwa ładowanie komentarzy...